Dan Peña zbudował fortunę liczoną w setkach milionów dolarów. Na swoich seminariach, za które ludzie płacą dziesiątki tysięcy, regularnie mówi coś, co brzmi absurdalnie w ustach kogoś, kto właśnie napisał książkę: większość ludzi czytających poradniki biznesowe nigdy nie przechodzi do działania.
To niewygodna teza. Zwłaszcza gdy pada w księgarni. Ale Peña nie atakuje czytania jako takiego - atakuje coś znacznie konkretniejszego. Zjawisko, w którym czytanie o sukcesie staje się substytutem dążenia do niego.
I ma rację. Masz przeczytane wszystko, co trzeba - „Fastlane Milionera", „Atomowe nawyki", całego Kiyosakiego, kilkanaście tytułów o sprzedaży i mindsecie. Regał się ugina. A jesteś dokładnie tam, gdzie trzydzieści książek temu.
To nie jest problem doboru lektur. To problem, o którym branża rozwoju osobistego mówi niechętnie, bo trudno na nim zarobić.
Czytanie daje złudzenie postępu
Każda przeczytana książka daje uczucie, że zrobiłeś krok naprzód. Podkreślasz fragment, kiwasz głową, myślisz „dokładnie, to ma sens". Mózg rejestruje to jako osiągnięcie. Czujesz się mądrzejszy, lepiej przygotowany, bliżej celu.
To uczucie jest fałszywe. Zrozumienie koncepcji i wprowadzenie jej w życie dzieli przepaść. Przeczytanie o tym, jak zbudować nawyk, nie buduje nawyku. Zrozumienie mechanizmu sprzedaży nie sprzedaje. Wiedza, że trzeba testować rynek, nie jest testem rynku.
To trochę jak oglądanie nagrań treningowych zamiast treningu. Możesz obejrzeć setki godzin, znać każdą technikę w teorii - mięśnie nie urosną, dopóki sam nie weźmiesz ciężaru do ręki. Z biznesem jest identycznie. A jednak łatwiej sięgnąć po dwudziestą książkę o przedsiębiorczości niż wykonać jeden niewygodny telefon do klienta. Dokładnie o tym mówi Peña, tylko bez owijania w bawełnę.
Dlaczego kolejna książka jest łatwiejsza niż działanie
Bo czytanie jest bezpieczne. To cała odpowiedź.
Kiedy czytasz, nie możesz ponieść porażki. Nikt cię nie oceni, nic nie ryzykujesz, nie musisz konfrontować się z odrzuceniem ani z własną niekompetencją. Otwierasz książkę i natychmiast jesteś w komfortowej sytuacji, w której zdobywasz „przewagę" bez żadnej stawki.
Działanie jest odwrotnością tego wszystkiego. Wystawiasz się na ocenę, na błąd, na to, że coś nie wyjdzie i będziesz musiał spojrzeć na to wprost. Steven Pressfield w „Do roboty" i „Wojnie sztuki" nazywa tę siłę Oporem - wewnętrznym mechanizmem, który podsuwa ci wszystko, co wygląda produktywnie, byle odsunąć moment realnego działania. Nie ma lepszego kamuflażu dla unikania niż kolejna mądra książka. To wygląda jak praca nad sobą. Czuje się jak praca nad sobą. I jest idealnym sposobem, żeby tej pracy nie wykonać.
Peña nazywa to po swojemu - mówi, że ludzie czytają, żeby poczuć, że coś robią, zamiast wyjść i faktycznie coś zrobić. Im więcej czytasz zamiast działać, tym mocniej utwierdzasz się w przekonaniu, że „jeszcze się przygotowujesz". A przygotowanie bez końca to najbardziej wyrafinowana forma prokrastynacji, bo wygląda cnotliwie.
Pięć książek przeczytanych pięć razy bije pięćdziesiąt przeczytanych raz
Jest jeszcze druga strona problemu. Nawet ta wiedza, którą realnie wchłaniasz, rozmywa się przez samą ilość.
Kiedy przelatujesz przez pięćdziesiąt książek w rok, żadna nie zostaje w tobie na tyle głęboko, by zmienić zachowanie. Zapamiętujesz ogólny zarys, kilka cytatów, poczucie „to było dobre". Konkretne, wdrażalne rzeczy giną w potoku kolejnych tytułów. Następna książka wypiera poprzednią, zanim zdążyłeś cokolwiek zastosować.
Ktoś, kto wziął jedną książkę o nawykach i przez rok faktycznie budował według niej swój system, jest nieporównywalnie dalej niż ktoś, kto przeczytał dziesięć i nie zmienił ani jednego. Ta pierwsza droga jest nudna. Nie daje zastrzyku dopaminy z „nowego tytułu". Wymaga wracania do tego samego materiału i mozolnego wcielania go w życie. Dlatego prawie nikt jej nie wybiera - i dlatego prawie nikt nie osiąga wyników.
Wielkie fortuny nieraz zbudowano na jednej dobrze zrozumianej i konsekwentnie stosowanej zasadzie. Nie na pięćdziesięciu przeczytanych pobieżnie.
Jak czytać, żeby to cokolwiek zmieniało
Rozwiązaniem nie jest przestać czytać - Peña sam poleca konkretne książki i sam wydał własną. Rozwiązaniem jest zmienić proporcję między czytaniem a robieniem i zmienić sposób, w jaki traktujesz książkę.
Podstawowa zasada: z każdej książki wyciągnij jedną rzecz i wdróż ją, zanim sięgniesz po następną. Nie dziesięć. Jedną. Skończyłeś „Atomowe nawyki"? Zanim otworzysz cokolwiek nowego, wybierz jeden konkretny nawyk i wdrażaj go metodą z tej książki przez miesiąc. Skończyłeś książkę o sprzedaży? Wykonaj realnie jej technikę na prawdziwym kliencie, zanim kupisz kolejny tytuł.
Traktuj książkę jak instrukcję, nie jak rozrywkę. Instrukcji nie czyta się dla przyjemności - czyta się ją, żeby coś zrobić, a potem odkłada i robi. Jeśli po lekturze nie wynika żadne działanie, to nie była lektura. To było uspokojenie sumienia.
I najważniejsze - pilnuj proporcji. Jeśli w Twoim tygodniu jest dziesięć godzin czytania o biznesie i zero godzin robienia biznesu, to nie budujesz firmy. Budujesz bibliotekę. Piękne hobby, ale nie mylmy go z rozwojem.
Wiedza, której nie używasz, nie jest Twoją przewagą
Można znać na pamięć zasady negocjacji i przegrać każdą realną rozmowę, bo nigdy nie przećwiczyło się ich na żywym człowieku. Można wyrecytować wszystkie prawa perswazji i nie sprzedać niczego. Można zacytować każdego wielkiego przedsiębiorcę i nie założyć firmy.
Wiedza staje się przewagą dopiero w momencie zastosowania. Do tego czasu jest tylko dobrze poinformowaną bezczynnością. Człowiek, który przeczytał trzy książki i wdrożył wszystkie trzy, wyprzedzi tego, który przeczytał sto i nie ruszył żadnej.
To dlatego Peña - mimo całej swojej pogardy dla „czytających, którzy nie działają" - wciąż poleca książki i sam napisał „Twoje pierwsze 100 milionów". Sprzeczność jest tylko pozorna. Książka w rękach człowieka, który po jej przeczytaniu wychodzi i działa, jest jednym z najlepszych narzędzi, jakie istnieją. Ta sama książka w rękach kogoś, kto tylko ją podkreśli i odstawi na półkę, jest wartościowym sposobem na zmarnowanie wieczoru.
Regał pełen przeczytanych książek nie jest dowodem rozwoju. Jest co najwyżej dowodem, że lubisz czytać o rozwoju. Prawdziwy sprawdzian jest brutalnie prosty: co konkretnie robisz dziś inaczej niż przed przeczytaniem ostatniej książki?
Jeśli odpowiedź brzmi „nic" - problemem nigdy nie był brak kolejnej książki.